Wydawnictwo Stara Szkoła, które wypromowało twórczość Evzena
Bočka wśród Polaków (i kilku innych zacnych czeskich pisarzy) przyzwyczaiło nas do tego, że w styczniu raczy nas kolejnym tłumaczeniem przygód Marii Kostki z Kostki , jej zwariowanej amerykańsko-czeskiej rodziny i równie zwariowanego personelu odziedziczonego przezeń zamku. Po zeszłorocznej, trzeciej części („Arystokratka na koniu”), która w opinii wielu czytelników była najsłabszą częścią cyklu, wielu zadawało sobie pytanie, jak potoczą się dalsze losy?

A pytanie to było więcej niż zasadne, gdyż pierwsze dwie części („Ostatnia arystokratka” i „Arystokratka w ukropie”) były okazją do dosłownie duszenia się śmiechu przez niemal całą fabułę.
Z kronikarskiego obowiązku przypomnijmy: amerykańska rodzina na początku lat 90. dowiaduje się, że odziedziczyła najprawdziwszy w świecie zamek w Republice Czeskiej. Wyjeżdżają do obcego kraju nawet nie przypuszczając, że będzie to chyba ich najgorsza decyzja w życiu. Każda z postaci była tu jasno nakreślona: przerażona wszystkim Maria (narratorka), ojciec-skąpiec, matka-szlachecka neofitka, hipochondryczny pan Spock, psychodeliczka guwernantka, czy last but not least – Pan Józef (wrócimy jeszcze do niego…). Właściwie w całym tym galimatiasie i klimacie nadciągającej katastrofy tylko główna bohaterka Maria (a dokładniej Maria III) sprawia wrażenie normalnej.

Jak wspomnieliśmy trzecia część mocno zawiodła – o wiele mniejszym rozmachem (i rozmiarem!), skrojonymi mocno żartami i fabułą spisaną nieco na siłę. Niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy czasem ta historia nie została podzielona sztucznie na trzy części, tylko z powodów marketingowych.

Teraz mamy jednak część IV. I jest lepiej. Wraca stary klimat absurdu od pierwszych stron w których Maria pisze do swego narzeczonego Maksa, który zaraz po oświadczynach stracił przytomność i został odwieziony na intensywną terapię (niedoleczona bolerioza!).
Wątek miłośny jednak ustępuje klimatom kryminalnym. Zamek bowiem nawiedzą naprawdę źli ludzie, szykujący się do niecnych zamiarów. A więc teoretycznie – może być tylko lepiej. Ale…

I tu największy zarzut wobec nowej części sagi. 3/4 książki opisuje owych „złych” (nie będziemy zdradzać szczegółów by nie psuć zabawy) i tego jak szykują się na naszych bohaterów. Przez większość książki nie jesteśmy więc wśród mieszkańców Kostki, nie obcujemy z Panem Spockiem czy Józefem. Brak Pana Józefa dawał się mocno we znaki w poprzedniej, trzeciej części. Niestety „…fala przestępstw…” podtrzymuje tę tendencję.
A szkoda, bo jego wisielcze poczucie humoru (humoru? czyżby?) , defetyzm czy wręcz fatalizm, były znakiem rozpoznawczym stylu Bočka (niektórzy twierdzą – w tym sam autor – że pod postacią Józefa kryje się sam Boček).
Cięte riposty Józefa i jego czarny humor, mogły być tłem do kolejnych zwrotów akcji i przygód mieszkańców tego pechowego zamku. Niestety, nie było nam dane obcować z Panem Józefem zbyt długo.

Podsumujmy: jest ciut lepiej niż w poprzedniej części, ale nadal autorowi nie udało się powrócić do formy z początków sagi. Pozostajemy jednak dobrej myśli! W dalszym ciągu karty tej sagi to niesamowita satyra na Czechów, Amerykanów, turystów czy szlacheckich celebrytów (w stylu Karela Schwarzenberga) . Autor, sam pracujący jako kasztelan na jednym z czeskich zamków, doskonale oddał klimat zarządzania takim obiektem od kuchni (czasem dosłownie). Zresztą już jego debiut (również wznowiony przez Starą Szkołę,”Dziennik Kasztelana”) dotykał tej tematyki.
I w tym Boček jest naprawdę dobry. I tu pomysłów z całą pewnością mu nie braknie a inspiracji dostarczać będzie samo życie.
I oby tylko o tym nie zapomniał w następnej części. O tym i o Panu Józefie.


Evžen Boček, „Arystokratka i fala przestępstw na Zamku Kostka”, przeł. Mirosław Śmigielski, Stara Szkoła 2019

Please follow and like us: