Książka Evy Tvrdej przeleżała na naszej półce sporo czasu, zanim postanowiliśmy po nią sięgnąć.

[Edit: Pani Procházková w tym miejscu kazała zaprotokołować, że nic o książce na półce nie wiedziała i prosi, żeby nie mieszać jej do ociągania się w czytelnictwie…]

No bo niby czeska, ale od razu człowiek wie, że nie na haškowe śmieszkowanie trzeba się nastawić ani nawet na hrabalowe przepiękne opisy zwykłej codzienności.
„Dziedzictwo” Tvrdej to nie czeski sen, to raczej czeski koszmar.

Koszmar życia w przededniu II wojny światowej, w jej czasie i wiele lat po. Z jej bolesnym doświadczeniem wciąż pulsującym gdzieś w żyłach naszych bohaterek. Bo to kobiety są tu bohaterkami. Czeskie Ślązaczki z Kraiku Hulczyckiego, pechowo wciśnięte w to miejsce i w ten czas, gdy wybucha straszliwa wojna i jeszcze straszliwiej brzmią pytania, o to kim jesteśmy i częścią czego się czujemy. Zwłaszcza jeśli ktoś za nas postanawia na te pytania odpowiedzieć.

[Edit Pani Procházkovej: W moim odczuciu II wojna światowa była jedynie tłem dla opowieści o tożsamości bohaterów. Ponieważ to nie wojna sama w sobie warunkowała dramatyzm ich losów, ale brak własnej przestrzeni, brak poczucia przynależności do określonego świata. Zaś wojna – choć rodząca ich nadzieje związane z niemieckim nazizmem – była w tym kontekście szczególnie beznadziejnym przelewem krwi, który w rezultacie zmienił jeden koszmar na drugi, jeszcze większy.]

Na plan pierwszy wysuwa się tu postać Agnes, mieszkanki Benešowa, która po ślubie osiedla się w Darkovicach, w domu w którym na każdym kroku czuje wrogość i niechęć nowych domowników. Zwłaszcza teściowej i szwagra – nazistowskich neofitów, wierzących ślepo w Trzecią Rzeszę i w powrót Kraiku Hulczyńskiego do rodziny krajów germańskich. Agnes, stroniąca od polityki, bardziej niż Czeszka czy Niemka po prostu „tutejsza”, od pierwszych stron książki swym strachem oddaje doskonale klimat lęków mieszkańców tego pogranicza lat 30.

[Edit Pani Procházkovej: Gdyby Pan Prohlídka przeczytał uważnie książkę, wiedziałby, że autorka zasłynęła twórczością opisującą historię Kraiku Hulczyńskiego i ciężko byłoby oczekiwać, że będzie pisała o Saint-Tropez…]

Ale to nie tylko kwestia przemocy wojny. Agnes, mająca na głowie domostwo, niebawem dzieci i raczej nieobecnego męża, ciągle musi mierzyć się z kolejnymi obostrzeniami wyznaczonymi przez tradycję, kulturę ludową czy zabobony. Tytułowe „Dziedzictwo”, przynależność do określonego obszaru kulturowego, miejsca, religii… staje się dla niej jakby kolejnym utrapieniem.
I równie paradoksalnie, zamiast próbować się z więzów wyrwać, wciąż w tę tradycję ucieka, poszukuje schronienia w modlitwie, przyjmując coraz to nowe obciążenia na swoje barki i kolejne ciosy od losu.

Z drugiej strony te kobiety, które z tradycją w jakiś sposób zrywają, jawią się w „Dziedzictwie” jako bezduszne ofiary ideologii (nazistka Greta, która chce służyć narodowi, ale nie może rodzić dzieci) czy nowoczesności (jak wiele lat później synowa, mieszkająca w Pradze, która krzywi się na pomysł teściowej aby iść w niedzielę do kościoła). I też cierpią, nieważne czy w okowach, które ktoś im nałożył, czy w które same, dobrowolnie weszły.

Zwykliśmy w Polsce mawiać, że to Panie na Śląsku rządzą domem. W historiach Tvrdej pojawia się również ta „władczość” kobiecych postaci (jak np. upiornej i bezdusznej teściowej Agnes). Ta dominująca pozycja jest jednak pozorna, bo w dalszym ciągu oznacza tkwienie po uszy w świecie wyznaczonym, określonym od dawien dawna. Pole manewru pozostaje dla Pań tu wciąż ograniczone i raczej nie ma co liczyć na mężów, którzy nawet w dorosłym życiu chylą głowę, gdy głos podnosi ich matka.

[Pan Prohlídka: Mam usunąć ten fragment? Teraz mi nic nie wnosi do recenzji…
Pani Procházková : Usuń. ]

„Dziedzictwo” to opowiadania bolesne i pełne strachu. Ale to również niesamowita pochwała sielskości, bliskości z naturą, życia według cyklu wyznaczonego przez niezmienność pór roku i stałych prac na roli. To wręcz księga pochwalna na rzecz regionalizmu. Bowiem ten element „Dziedzictwa” jest wciąż trwały i tylko wokół niego można budować jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. Zmieniają się systemy, okupanci, zwyczaje, ale natura hulczyńskiej wioski pozostaje niezmiennie zachwycająca.

Dlatego pewnie jedna ze starszych bohaterek książki gotowa jest wsiąść do pociągu po odrobinę ziemi z rodzinnej miejscowości. By w tym szaleństwie zmieniającego się świata, utrapień, wojen i biedy, mieć coś co nigdy nie zdradziło, nigdy nie skrzywdziło i zawsze trwało.

[Edit Pani Procházkovej: I co? Już koniec? A ja wciąż nie wiem czy Ci się podobała książka, czy nie…]

Eva Tvrda
„Dziedzictwo” (tłum. Karolina Pospiszil )
Wydawnictwo Silesia Progress, Kotórz Mały 2016

[Edit Pani Procházkovej: W drugim wydaniu poprawcie literówki.
I format książki.
Treść jest ok 🙂 ]

Please follow and like us: